Umowa była taka że jedziemy jak tylko ją wyfugujemy, na cieńkich krzyżykach lekko wciśniętych roztarliśmy szybko i sprawnie mase w kolorze mocnego samoopalacza. Podobało jej się. Kurewsko. Telefon. Zaraz dojedziemy tylko zrobimy rekonesans. Trochę pogoniliśmy się po supermarkecie, zgrane teksty i badziewiaste wyposażenie. Smutna sprzedawczyni na alkoholach. Nie może być. Kierownik zrozumiał że ona jedzie z nami a on kończy za nią i płaci jej za całą pieprzoną sobotnią dniówkę. Nie musiał dziękować - sam chciał. Oznaka charakteru - szacunek dla starej namiętności. Reszty nie trzeba. Na tylnych siedzeniach mamy szafke, ładuje się na nią na leżąco - na światłach jedni się dziwią inni podnoszą podkoszulki śpiewając - “gdzie słyszysz śpiew tam idź” - mamy komplet. Na chwilę przed rozpoczęciem, przed zgaszeniem światła, włączeniem muzyki, lekka zaduma w oczekiwaniu na zielone światło - dobijają jeszcze dwie sąsiadki - zostają obie bo boją się spać osobno - zresztą i tak by nie zasnęły. Staczam się, odpadają z mojego ja wszelkie kanty i nierówności, idealnie wyoblam się i oble śnie i oble myśle, oblekam mojej myśli w owal i owalem staje się …owładnięty owalem staczam się w doline skojarzeń, schodzę do piwnicy zdarzeń gdzie nad malinowym sokiem życia wiszą komary smutku, rosą oble wam i przynoszę wiadro pełne czarnych nieporozumień by po przesypaniu przed całopaleniem nie kurzyły się, by nie szarogęsiły się również…. by strach nie obleciał , oble ciał kontury widząc dotykał tylko powierzchownie i zarysował je tylko a nie obnażał, by nie płakał obła piając swój znoszony strój do wtóru o kary nie zastanawiał sie nad swoim nietaktem losem i niewczasem… Kwiaty drgają w rymie, jeśli przyjedziesz do San Francisco bay blues. W gąszczu korytarzy gubisz się Tezeuszu, Minetaur, daj spokój Ariadno nie wychodź z konwencji. Wychodzę ze sprzedawczynią. Dobroć jej oczu jak kubeł zimnej wody na to co najważniejsze, co prawdziwe jedyne najpierwsze. Rozmawiamy do rana.
Po pierwsze byłem sfrustrowany.Po drugie też byłem sfrustrowany i po trzecie też kurde byłem sfrustrowany. Grałem na zwłokę ciągając sobą po kątach, dopijając małymi łyczkami gorycz coraz większego ciśnienia między mną a resztą wszystkich patafianów tego świata.Czekałem zgadując czyja pierwsza roześmiana morda boleśnie przydepnie mi moją sflaczałą duszyczkę. Zadzwonił; - halo, czy tu w morde walą? Nic nie odpowiedziałem. Punkt dla niego. Wolę w morde niż to całe kurtuazyjne lizanie się po nadgarstkach; - po grzyba ci tyle papieru? - skomentował moją makulature - znam kilku gości którzy potrafią czytać - juz się bałem że jesteś wrażliwy - do głowy by mi nie przyszło… Uśmiechnął się. Śmierdział papierosami.Normalnie nawet bym nie poczuł tej dawki alkoholu ale w tym połączeniu dopadło mnie dużo szybciej. Weszły i wyszły jakieś kicie - te które nie chodzą a płyną i też te które nie jedzą a pachną. Nie pamiętam kiedy wyszły. - a wiesz że już swoje odsiedział? - kto? - zapytałem - “on” - to “ona” się ucieszy - wczoraj cieszyłem się razem z nią… Lampa lekko się kołysała rzucając na nas podejrzliwe spojrzenia kiedy jak zwykle w tym stanie czas się zatrzymał a w zadymionym jak pierwszorzędna spelunką pomieszczeniu obok ciszy zawisło wspomnienie o niej. Mignęły mi przed zalanymi oczyma jej bujne loki i gibkie zwinne ciało. Chyba to zauważył; - i ? - wydął wargi - jak jest, boli? - ulga, nalej - nalał, ulga.